Twoje dziecko nie jest świętą krową i ty też nią nie bądź!
Z zamiarem napisania tego tekstu noszę się od roku, może dłużej. W knajpach jem ciągle, więc rozwrzeszczane dzieci spotykam dość często. To jest po prostu statystyka, a nie to, że wszystkie dzieci wrzeszczą. Tylko, że problem dzieci w restauracjach to nie problem, a skrót myślowy. Problemem są rodzice.
Na początek rozgraniczmy dwie rzeczy: knajpy dedykowane rodzicom z dziećmi, z kącikami zabaw od takich, w których nie ma nawet jednej złamanej kredki czy innego misia. W tych pierwszych godzisz się na to, że spotkasz kilka dziewczyn na ploteczkach i orbitujące wokół nich dzieciaki. To jest normalne i jeśli wchodzisz do takiego miejsca, to z tym nie dyskutujesz. Matka też człowiek i potrzebuje czasem wyjść do ludzi. O tych knajpach dziś nie rozmawiamy.
Dziś dyskutujemy o miejscach, które w żaden sposób nie wysyłają komunikatu: „Wpadnij z dzieciakami, u nas nie będą się nudzić!”. Dyskutujemy o knajpach dla dorosłych, ewentualnie dorosłych z dziećmi, które potrafią się zachować przy stole. Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko dzieciom, czasem nawet dają się lubić. Sama spotykam się w knajpach z dzieciatymi koleżankami. Jest tylko jedno „ale” – zawsze wybieramy miejsca, w których dzieci nie będą się nudziły, ewentualnie knajpy dla dorosłych, jeśli z góry wiadomo, że dzieciak jest dobrze wychowany i nie wyrywa dermy z siedzeń. Albo nie skacze w butach po stole, podczas kiedy zachwyceni rodzice nagrywają to telefonem (autentyk). Albo nie niszczy wystroju knajpy, podczas gdy rodzice nie widzą powodu, aby pokryć koszty zniszczeń, bo „to tylko dziecko” (również autentyk).